To miało być święto książki. A jak sobie wyobrażam takie święto? Jako wydarzenie wyjątkowe, niepowtarzalne, takie, którego nie jest w stanie zastąpić nic innego. Wyobrażałem sobie, że kiedy – pomimo ohydnej pogody – poświęcę cały dzień na dotarcie do Krakowa (PKP), dojazd na targi (komunikacja miejska), powrót do domu i oczywiście najważniejsze – celebrowanie święta książki na wszystkich możliwych stoiskach – to przeżyję prawdziwą przygodę z literaturą. Wejście na targi miało być dla mnie jak wstąpienie do świątyni kultury.
Co zastałem? Prowizoryczne targowisko z pretensjami do wielkiej i wzniosłej imprezy. Każdy profesjonalny organizator takiego przedsięwzięcia powinien zakładać, że miarą powodzenia imprezy jest między innymi stale zwiększająca się ilość zwiedzających. Trzeba więc być przygotowanym na to, że co roku targi będą gościć coraz więcej bibliofilów, których rok temu było 23 537. W tym roku pomieszczenia targowe z trudnością mieściły ogromne ilości zwiedzających gości. Ludzie wzajemnie deptali sobie po nogach, dopchanie się do niektórych stoisk graniczyło z cudem, a ciasnota panująca w przejściach groziła uduszeniem.
W pomieszczeniach panował ogromny zaduch i wysoka temperatura, a do tego po wejściu z hali wejściowej (kasy, recepcja, szatnia) do głównej hali wystawowej (w części C) dostawało się w twarz odorem smażonego oleju i innych barowych zapachów unoszących się z tzw. punktów cateringowych. Te punkty zaś oraz pomieszczenia szumnie nazwane kawiarniami, przypominały prowizorycznie zagospodarowane hangary z przypadkowo dobranymi stolikami dla pigmejów. Ani tam usiąść, ani coś zjeść, ani porozmawiać. Zjedzenie czegokolwiek w tych punktach graniczyło oczywiście z cudem, bo miejsc było jak na lekarstwo.
Nie chwaląc się, bywałem w życiu na różnych targach, z różnych branż (zarówno jako wystawca, jak i odwiedzający), ale takiej prowizorki i amatorszczyzny nie widziałem jeszcze nigdzie. Jestem kompletnie zdegustowany. Nie znalazłem tam nic, co w swojej niepowtarzalności, wyjątkowości złożyłoby się na specyficzną aurę imprezy kulturalnej, na święto książki. Zamiast atmosfery właściwej dla świątyni kultury, zaznałem klimatu dworcowego baru.
To co miałem okazję zobaczyć na targach można spotkać w szanujących się sieciach księgarń (Empik, Matras, Świat Książki) bez konieczności wyjeżdżania do Krakowa. Spotkania z pisarzami, nowości wydawnicze, prelekcje, są organizowane w tych księgarniach (i bardziej prężnych bibliotekach) bez konieczności deptania sobie po piętach w wyścigu po autograf znanego pisarza, podpisującego swoje książki w aromatach smażonych frytek.
To co zastałem na targach książki w Krakowie można wybaczyć przedsięwzięciom w powijakach, imprezom początkującym, zupełnym żółtodziobom. Jeśli jednak taka impreza jest organizowana po raz trzynasty, to mam prawo oczekiwać czegoś więcej. No chyba, że to wszystko wina pechowej trzynastki.





2 komentarze:
Na tych targach byłam dwa razy, ostatnio dwa lata temu. Zawsze było duszno i ciasno, a podobno w tym roku było jeszcze więcej ludzi niż zwykle. Jedyny powód, żeby mimo wszystko się tam wybrać to spotkania z autorami, choć mnie nigdy nie chciało się stać w kolejce po autograf. Zawsze też rozczarowywały wydawnictwa, które nie oferowały dla zwiedzających żadnych znaczących rabatów.
Ja byłam w piątek. Może i nie było tych wszystkich gwiazd, ale było na tyle spokojnie, że można było swobodnie przespacerować się między stoiskami i trochę nałykać się atmosfery literackiej imprezy :)
Wstaw komentarz