niedziela, 5 lutego 2012

Éric-Emmanuel Schmitt w Bibliotece Śląskiej!

schmitt Éric-Emmanuel Schmitt, laureat literackiej Nagrody Goncourtów przyjeżdża do Biblioteki Śląskiej na premierę swojej najnowszej powieści „Kobieta w lustrze”.

Spotkanie, które poprowadzi red. Dariusz Bugalski odbędzie się 22 lutego 2012 r. o godz. 17.00 i zainauguruje cykl „Dobre książki i kawa z...” będący pierwszym w Polsce programem spotkań autorskich odpowiadającym rzeczywistym potrzebom czytelniczym.

Org. Instytut Książki, Biblioteka Śląska, Wydawnictwo Znak. Wstęp wolny!

Na podstawie informacji ze strony Biblioteki Śląskiej

niedziela, 20 listopada 2011

Burza nad Pacyfikiem – tom I

Burza_Nad_Pacyfikiem_01

Burza nad Pacyfikiem” Zbigniewa Flisowskiego to dzisiaj niemal klasyk, któremu trudno znaleźć konkurenta. Dwa opasłe tomiska opisujące i analizujące bardzo szczegółowo wszystkie wydarzenia konfliktu na Pacyfiku liczą łącznie ponad 1500 stron. Nie znam bardziej starannego i wyczerpującego opracowania dotyczącego wojny na Pacyfiku.

Flisowski zaczyna swoją opowieść w zamierzchłych czasach, sięgając aż do czasów szogunów z początków XVII wieku, kiedy Japonia była krajem szczelnie zamkniętym na wpływy z zewnątrz. Opisuje drogę, jaką przeszła Japonia osiągając pozycję liczącego się na arenie międzynarodowej gracza i próby uregulowania równowagi sił morskich poprzez układ waszyngtoński w 1921 roku i konferencje londyńskie na początku lat 30-tych XX wieku. Flisowski przedstawia ideę japońskich militarystów zmierzających do objęcia „ośmiu krokwi świata” pod jednym, japońskim dachem. Myśl ta znalazła swoje odzwierciedlenie w książce Ikki Kity pt. „Program Rekonstrukcji dla Japonii”, zwaną przez niektórych polityków japońską „Mein kampf”. Później oczywiście był tragizm Pearl Harbor i przystąpienie USA do wojny, zajęcie Wake, walki o Bataan i Korregidor,  klęska brytyjskich pancerników pod Kuantan, bitwy na Morzu Jawajskim, Morzu Koralowym. No i wreszcie przełom pod Midway, bitwy pod Savo, u Wysp Salomona, u Przylądka Esperance, u wysp Santa Cruz, nocne bitwy pod Guadalcanal.

Wszystkie bitwy są opisane z zegarmistrzowską wręcz dokładnością, z licznymi detalami technicznymi dotyczącymi uzbrojenia, tonażu okrętów, rozwijanej prędkości i odtworzonego co do minuty czasu walki, liczby ofiar i strat w sprzęcie bojowym. Opisy walk są opisane tak obrazowo i emocjonalnie, że wprost trudno się oderwać, a to wszystko okraszone licznymi tekstami źródłowymi zaczerpniętymi ze wspomnień, dzienników, pamiętników, artykułów prasowych i dokumentów wojskowych. Flisowski oddaje w tych wspomnieniach głos zarówno marynarzom, lotnikom i generałom amerykańskim, jak i japońskim. Stara się zachować przy tym pełen obiektywizm, łagodzi surową krytykę wobec wielu dowódców, którzy znaleźli się w trudnych sytuacjach wojennych i podjęli z punktu widzenia teoretyków i historyków II wojny światowej kontrowersyjne decyzje.

Książka świetnie pokazuje zmianę taktyki wojennej na morzach i oceanach poprzez rosnące znaczenie wielkich lotniskowców. Przedstawia różnice nie tylko w uzbrojeniu przeciwnych stron konfliktu, ale również, a może przede wszystkim, różnice cywilizacyjno-kulturowe. Z jednej strony żołnierze demokratycznego państwa, dla których prezydent jest wybieralnym przedstawicielem narodu, z drugiej słudzy cesarza-boga, któremu wszyscy poddani winni są życie. W przeciwieństwie do Amerykanów nie rozumieją, co to znaczy wypowiedzenie wojny, nienaruszalność rozbitków i jeńców, szacunek dla kobiet. Dla Japończyków liczyło się tylko zwycięstwo, przegrany winny był śmierci, bez względu na okoliczności. Dlatego to była moim zdaniem wojna nie tylko pomiędzy państwami, to była wojna pomiędzy cywilizacjami.

Książka napisana bardzo przystępnym językiem, a do każdej opisywanej bitwy dołączona jest prosta, łatwa w orientacji mapka. Jest też wiele ciekawych zdjęć. Tom pierwszy kończy się na końcu roku 1942, a ciąg dalszy w liczącym ponad 1000 stron tomie drugim. Niebawem zabieram się więc do czytania. Polecam wszystkim miłośnikom marynistyki i II wojny światowej.

Zbigniew Flisowski – „Burza nad Pacyfikiem”, Wydawnictwa Lampart i Bellona, Warszawa 1994, ISBN 83-902554-1-3, 83-11-08381-9, ilość stron 453 strony tekstu + 83 strony, na które składają się: bibliografia, spis ilustracji, skorowidz nazw okrętów i statków, skorowidz nazw geograficznych, oraz ilustracje, sylwetki i dane techniczno-taktyczne okrętów i samolotów.

Największy Brat

NajwiększyBrat

Zaraz po przeczytaniu „Kompanii Braci” chciałem dowiedzieć się więcej o dowódcy sławnej kompanii, Dicku Wintersie. Na szczęście książka „Największy Brat” L. Alexandra była od razu dostępna w bibliotece, więc szybko zabrałem się do czytania. Oczywiście, z uwagi na moje zafascynowanie osobą Wintersa, książkę dosłownie połknąłem w dwa dni. I tu duże zaskoczenie, bo okazuje się, że w części dotyczącej wojskowo-frontowego życia głównego bohatera jej tekst jest niemal identyczny, jak tekst „Kompanii Braci”. Okazuje się bowiem, że Larry Alexander (o czym sam pisze w swojej książce) oparł swoją opowieść dokładnie na tych samych capt_richard_winters_506emateriałach, notatkach, wspomnieniach, które wykorzystał S. Ambrose w książce „Kompania Braci”, a T. Hanks i S. Spielberg w serialu pod tym samym tytułem. Momentami odnosiłem wrażenie, że niektóre zdania zostały przez Alexandra po prostu przepisane. Wygląda na to, że tak naprawdę, wspomnienia dotyczące Kompanii E 506 Pułku Piechoty Spadochronowej 101 Dywizji Powietrzno-Desantowej napisał sam Winters i inni żołnierze, a zarówno Ambrose w „Kompanii Braci” oraz Alexander w „Największym Bracie” nadali temu jedynie ostateczny kształt.

WintersDick Jedyną różnicę pomiędzy tymi książkami stanowi wzbogacenie historii Wintersa o treść listów, jakie wysłał do swojej przyjaciółki DeEtty z frontu w Europie. Listy te Winters odzyskał od DeEtty już po „Kompanii Braci”. Drugą różnicą jest wzbogacenie opowieści o fakty z prywatnego życia Wintersa przed i po wojnie. Alexander pokazuje, jak wyglądało życie rodzinne bohatera, jak kształtowała się jego osobowość, jakie otrzymał wychowanie w swoim rodzinnym domu, jak założył własną rodzinę i jak do końca pozostał wierny swojej religii (był menonitą) i swoim zasadom. Nie odstępował od nich nigdy i kiedy w jednej ze scen filmu któryś z aktorów miał wypowiedzieć obraźliwy epitet pod adresem memonitów, Winters kategorycznie się sprzeciwił i wymógł na Tomie Hanksie zmiany w filmie. Są też w książce szczegóły dotyczące współpracy przy pisaniu książek (zarówno przez Ambrose’a jak i przez Alexandra), przy nakręcaniu filmu oraz powojennych kontaktów Wintersa z pozostałymi Braćmi z Kompanii E, którzy zawsze uważali swojego dowódcę za Największego Brata.

BandOfBrothers

Właśnie się dowiedziałem, że Dick Winters na krótko przed śmiercią napisał autobiografię, która w USA ukazała się pod tytułem „Beyond Band of Brothers: The War Memoirs of Major Dick Winters”. Mam nadzieję, że książka ta ukaże się również w Polsce.

BandOfBrothers2

Zdjęcia Dicka Wintersa oraz obrazy Kompanii Braci pochodzą ze strony internetowej: Major Dick Winters.

Larry Alexander – „Największy Brat. Życie majora Dicka Wintersa dowódcy kompanii braci”, tytuł oryginału: „The Life of Major Dick Winters, the Man Who Led the Band of Brothers”, przekład Maciej Głogoczowski, Wydawnictwo Magnum, ISBN 978-8389656-23-0, ilość stron 30 + bibliografia i przypisy.

Kompania Braci

Kompania Braci

Zawsze byłem zafascynowany D-day i od samego początku byłem fanem serialu „Kompania Braci”, który obejrzałem z zapartym tchem od pierwszego do ostatniego odcinka. Dlatego przeczytanie książki Stephena E. Ambrose’a było tylko kwestią czasu, który właśnie nadszedł. I powiem krótko – oszalałem na punkcie kompanii E 2-go Batalionu 506-go Pułku Piechoty Spadochronowej 101-ej Dywizji Powietrzno-Desantowej Armii USA, a moja szczególna fascynacja dotyczy majora Richarda Dicka Wintersa, z jednej strony zwykłego, normalnego faceta, z drugiej darzonego wielkim szacunkiem bohatera, który zmarł 2-go stycznia tego roku, w wieku 92 lat.

Na czym polegał fenomen Wintersa? Na normalności. Był przykładem człowieka, który otrzymał solidne, rodzinne wychowanie w szacunku do religii, pracy i każdego człowieka i tym szacunkiem, solidnością oraz konsekwencją kierował się przez całe swoje życie. Te zasady okazały się niezawodne tak w jego życiu cywilnym, jak i, a może przede wszystkim, w życiu zmilitaryzowanym. Cechy Dicka Wintersa były doceniane zarówno przez wyższych rangą oficerów sztabowych, jak i przez podległych szeregowców. Przełożeni szybko awansowali zdolnego żołnierza, a szeregowi współtowarzysze broni darzyli go takim szacunkiem, że gotowi byli pod jego dowództwem pójść w każdy ogień. Był zawsze blisko zwykłych ludzi, znosił te same niedogodności, razem z nimi ryzykował życie, razem z nimi walczył, marzł i głodował w okopach, dzielił ten sam los. Dla swoich żołnierzy potrafił zaryzykować możliwość postawienia przed sąd wojenny i sfingował wykonanie bezsensownego, idiotycznego rozkazu, który mógł pozbawić życia podległych mu żołnierzy. Menonita z wyznania, nigdy nie rozstawał się z Biblią; ten zdecydowany w boju żołnierz, precyzyjny taktyk, odważny kompan, wieczorami, w obecności innych towarzyszy broni, potrafił klęcząc w okopie modlić się, dziękując Stwórcy za przeżycie kolejnego dnia. I za to wszystko był kochany. „Trzydziestego września 1945 roku sierżant Talbert (…) napisał list do Wintersa. (…) Pierwsze, co chciałbym ci powiedzieć, Dick, to że [...] jesteś kochany i nigdy nie zostaniesz zapomniany przez żadnego z żołnierzy, którzy kiedykolwiek służyli pod tobą, czy raczej z racji sposobu, w jaki dowodziłeś - z tobą. Jesteś dla mnie najwspanialszym żołnierzem, jakiego miałem okazję w życiu spotkać.”

Książka przedstawia historię Kompanii E od początków intensywnych szkoleń w Camp Toccoa, gdzie biegając w pełnym oporządzeniu bojowym na górę Currahee (co w języku Indian znaczy: „Nie mamy równych sobie”) hartowali swoją wytrzymałość, przez Aldbourne w Anglii, gdzie Winters poznał swoją „zastępczą” rodzinę, D-day na plaży Utah, i dalej przez cały front: Ste-Marie-du-Mont, Culoville, Carentan, Arnhem, Nuenen, Bastogne, Foy, Noville, Rachamps, Haguenau, Mourmelon-de-Grand, Landsberg (gdzie pierwszy raz zobaczyli obóz koncentracyjny), Berchtesgaden, aż do Zell am See w Austrii. Przeszli cały szlak bojowy od Utah, aż do siedziby Hitlera, a to co przeżyli wymagało nadludzkiej wytrzymałości, umiejętności i zdolności taktycznych. Trudno przedstawić piekło, jakie przeszli w Ardenach, gdzie w okopach pod Bastogne, na kilkunastostopniowym mrozie, bez leków i jedzenia, bez możliwości ogrzania się przy ogniu, z gnijącymi odmrożeniami na stopach, a resztkami amunicji, w ostrzale artyleryjskim, walczyli nie tylko z Niemcami, ale również z własnym załamaniem psychicznym. „Psychiatrzy armii meldowali po Normandii, że dziesięć do dwudziestu procent żołnierzy piechoty przeżyło jakąś formę załamania nerwowego w ciągu pierwszego tygodnia i albo zdezerterowało, albo trzeba ich było ewakuować (wielu z nich potem wróciło na front). Inni nie przeżywają widocznego gwałtownego załamania, ale ich skuteczność jako żołnierzy spada. Przeżycia spotykające żołnierza na froncie powodują znacznie silniejsze przeżycia emocjonalne niż nawet najbardziej intensywne przeżycia znane cywilowi. Żołnierz frontowy doświadcza przerażenia, paniki, gniewu, żalu, zagubienia, poczucia bezsiły, nieprzydatności na skalę nieznaną zwykłemu człowiekowi i te uczucia wyciskają z niego energię i odporność psychiczną jak wodę ze ściśniętej gąbki.”

Ambrose wiele miejsca poświęca kwestii braterstwa broni, posiłkując się nie tylko wspomnieniami żołnierzy z Kompanii E, ale również cytatami naukowców, którzy badali zjawisko braterstwa broni oraz frontowych zachowań żołnierzy na prawdziwej wojnie. A jest to zjawisko naprawdę niezwykłe: ludzie z różnych środowisk, różnych miejsc, różnego wychowania i wykształcenia, różnych poglądów, przekonań i religii, którzy w życiu cywilnym nigdy nawet nie zwróciliby na siebie uwagi, na froncie stanowią jeden perfekcyjnie funkcjonujący organizm. Każdy jest w stanie zrobić wszystko dla towarzysza broni, narazić własne życie, wykazać maksymalne poświęcenie, pozostać w okopach, wrócić do kumpli, nawet stanie kwalifikującym żołnierza do odtransportowania na tyły frontu.

Ambrose pisze: Rezultatem tych wspólnych doświadczeń była specyficzna więź, nie dająca się porównać z niczym, co kiedykolwiek łączyło ludzi postronnych. Towarzysze broni są sobie bliżsi niż przyjaciele, bliżsi niż bracia. Jest to jednak więź inna od tej, która łączy kochanków. Towarzysze broni znają się na wylot, ufają sobie bez granic. Znają na pamięć swoje historie życia, anegdotki, wiedzą, jak trafili do wojska, kiedy, gdzie i dlaczego zgłosili się na ochotnika do szkolenia spadochronowego, co lubią pić i jeść, do czego są zdolni. W czasie nocnego marszu poznają się nawzajem po kaszlu, w czasie nocnych ćwiczeń w lesie poznają się po chodzie i sylwetce.” Przytacza filozofa J. Glenna Graya, który w swoim dziele pt. „The Warriors” tak przedstawił istotę takiej więzi: „Żadne wysiłki organizacyjne, mające na celu osiągnięcie jasno wytyczonego celu, w czasie pokoju nie są w stanie stworzyć takiej więzi, jaka w czasie wojny łączy żołnierzy. [...] To poczucie wspólnoty graniczące z ekstazą. [...] Ludzie tylko wtedy są prawdziwymi przyjaciółmi, kiedy jeden jest gotów oddać życie za drugiego - bez namysłu, refleksji, i bez zważania na poniesioną stratę.”

Z kolei, etapy zachowań na wojnie zostały zbadane przez Paula Fussella, który „opisał dwa stadia uświadamiania sobie warunków zewnętrznych, przez które przechodzi żołnierz na froncie. Zaczyna się od tego, że żołnierz jest przekonany, że nic nie może mu się stać. Potem przychodzi pierwsze stadium adaptacji - „może mi się coś stać, jeśli nie będę uważał”. Drugie stadium polega na tym, że żołnierz nabiera przekonania, że „stanie mi się coś i tylko nie będąc tam [na pierwszej linii], mogę tego uniknąć” Część ludzi nigdy nie dochodzi do tego drugiego stadium, inni przeciwnie, dochodzą do niego niemal natychmiast. Kiedy jest to żołnierz frontowej kompanii piechoty, nie ma takiej siły, która byłaby w stanie go utrzymać na stanowisku i zmusić do dalszego wykonywania swoich obowiązków. Nikt mu nic nie jest w stanie narzucić, bo tu chodzi o jego życie. Najsilniejszym z czynników motywujących do pozostania na froncie jest przyjaźń i więzi pomiędzy towarzyszami broni. Ta forma motywacji ma stronę pozytywną - nie chce się zawieść kumpli, i negatywną - nie chce się wyjść na tchórza przed ludźmi, których się kocha i szanuje ponad wszystko na świecie. Dyscyplina nie ma tu znaczenia, bo opiera się na karaniu - a jak można ukarać frontowego żołnierza gorzej, niż wysyłając go na front?”

Opierając się na wspomnieniach żołnierzy, Ambrose opisuje szlak bojowy Kompanii E przez pryzmat ludzkich przeżyć i przez to właśnie ta opowieść przemawia do czytelnika bardziej, niż historyczno-naukowe analizy. Są tu podane fakty, ciekawostki, smaczki, których nie wyczyta się w podręcznikach historycznych opartych na suchych faktach. Ja na przykład dowiedziałem się z tej książki, że największą zmorą alianckich żołnierzy w Normandii były…. żywopłoty. Występujące licznie wysokie, stare, mocno zakorzenione żywopłoty stanowiły świetną osłonę dla niemieckich przyczółków, trudną do pokonania bez ciężkiego sprzętu. Ciekawe jest również, że kiedy spadochroniarze lądowali na plażach Normandii, piloci, którzy spanikowali pod ostrzałem niemieckiej obrony przeciwlotniczej, zamiast zwolnić nagle przyspieszyli prędkość lotu, przez co spadochroniarze wykonali skoki na przestrzeni kilkunastu kilometrów zamiast w planowanym mniejszym skupieniu. Ten niespodziewany manewr wywołał po stronie niemieckiej wrażenie wielokrotnego „rozmnożenia” sił przeciwnika. Niemcy byli przerażeni.

Świetnie opisuje Ambrose spektakularne akcje bojowe Kompanii E, ze szczególnym udziałem Wintersa. Z zapartym tchem czyta się akcję zdobycia i unieszkodliwienia baterii niemieckich haubic 105 mm na plaży Utah, czy zadanie w Holandii pod Zetten, podczas którego jeden pluton kompanii E, w liczbie 35 ludzi zdołał wyprzeć dwie niemieckie kompanie esesmanów, w sile ponad 300 żołnierzy. Pisarz ukazuje amerykańskich żołnierzy takimi, jakimi byli naprawdę, bez wybielania, co moim zdaniem jeszcze bardziej uwiarygodnia ich bohaterstwo. Nie pokazuje ich w aureoli świętości, wspomina o nagannych zachowaniach, zabijaniu jeńców, grabieżach, pijaństwie, o absurdach wojskowej administracji, o rozdźwiękach pomiędzy frontowymi, zahartowanymi żołnierzami, a oficerami z West Point i generałami z Waszyngtonu. Komizm i jednocześnie tragizm tego rozdźwięku jest ewidentny: „Powrócił też generał Taylor. Przeprowadził inspekcję linii frontu. (…) Przed opuszczeniem pozycji kompanii wskazał na las przed nami i nie znoszącym sprzeciwu głosem orzekł: - Na ten las przed wami trzeba uważać!” Cóż za spostrzegawcza rada!

Duże wrażenie robi opis spotkania żołnierzy alianckich z więźniami obozu koncentracyjnego w Landsbergu: „Wspomnienie tych wychudzonych, zagłodzonych, oszołomionych ludzi, którzy, kiedy patrzyliśmy na nich przez druty, opuszczali oczy i głowy w taki sam sposób, w jaki często bity, źle traktowany pies kuli się na sam widok człowieka, pozostawiło u mnie i u innych uczucia, jakich nie sposób opisać i nie sposób usunąć z pamięci. Na widok tych ludzi za drutami powiedziałem sam do siebie: Teraz już wiem, po co to wszystko było. Wiem, po co tu jestem!” – wspomina po latach Dick Winters. Ale są też opisy znacznie przyjemniejsze, jak na przykład niekończąca się impreza Kompanii E w Berchtesgaden, gdzie hitlerowscy dygnitarze, na czele z Hitlerem, Himmlerem, Góringiem, Goebbelsem i Bormannem mieli swoje luksusowe wille, sowicie zaopatrzone w najlepsze trunki i inne dobra, ochoczo grabione przez młodych Amerykanów.

Czytelnik może też dowiedzieć się z tej książki, co to jest zupactwo, czym była zabraniana przez wojskowe dowództwo fraternizacja oraz co to były obozy dippisów („Displaced Persons”), a także co oznacza określenie SNAFU („Situation normal – All fucked up”). Nie sposób nie wspomnieć o absurdzie wojskowego życia frontowego, jakim była punktacja przyznawana za miesiące przebywania na wojnie, za odznaczenia, za stan cywilny, aż do uzyskania 85 punktów niezbędnych do zwolnienia do cywila. Żołnierz mógł przejść cały front, mógł być wielokrotnie ranny, przeżył piekło na ziemi i….. nie został zwolniony do cywila, bo zabrakło mu kilku punktów.

Zadziwiające w tym wszystkim jest jedno, większość z tych zwykłych, prostych ludzi, z majorem Wintersem na czele, zgłosili się do piechoty spadochronowej na ochotnika. Dlaczego? „Po ukończeniu szkolenia spadochronowego każdy z nich miał dostać srebrną odznakę spadochronową – sylwetkę uskrzydlonego spadochronu - noszoną na lewej kieszeni kurtki mundurowej, naszywkę na furażerkę, wysokie buty skoczka. Gordon wspomina: „Teraz [w roku 1990] to może się wydawać pozbawioną sensu dziecinadą, ale wtedy byliśmy gotowi oddać życie za prawo do noszenia tych odznak i wpuszczania spodni w buty, za prawo do bycia spadochroniarzem” Wcieleni do wojska dawali z siebie wszystko, ciężko pracowali, wykazywali się determinacją i odwagą, Zespoleni wspólną niedolą, skandowanymi wspólnie hasłami i śpiewanymi w czasie marszu i ćwiczeń piosenkami, stawali się powoli jedną wielką rodziną.” Ambrose ocenia, że żołnierze z kompanii E, jako „przedstawiciele generacji urodzonych pomiędzy 1910 a 1928 rokiem mają charaktery jak z kamienia. Byli dziećmi Wielkiego Kryzysu, toczyli największą wojnę w dziejach ludzkości, a po niej uczestniczyli w odbudowie świata i powojennym boomie gospodarczym. Przyjęli pomoc, oferowaną im przez GI Bill of Rights, ale nigdy nie wyciągali ręki po jałmużnę. Wszystko musieli zrobić na swój sposób, tylko sobie mogli to zawdzięczać. Kilku dorobiło się fortun, kilku doszło do władzy, niemal wszyscy się pobudowali, założyli rodziny i żyli dostatnio, korzystając z wolności, za którą walczyli.

Ta książka to według mnie nie tylko kolejne opracowanie historyczne, ale OPOWIEŚĆ O LUDZIACH, o ciężkiej pracy, o dochodzeniu do wyznaczonego celu poprzez własną determinację i pracę, to książka o zdobyciu sławy i chwały poprzez przestrzeganie zasad, dzięki uczciwości, a nie – jak to współcześnie bywa – w wyścigu szczurów. To również książka ukazująca, jakim dobrodziejstwem jest życie bez wojny – ku przestrodze, szczególnie dla młodych pokoleń.

Stephen E. Ambrose – „Kompania Braci. Od Normandii do Orlego Gniazda Hitlera Kompania E 506 pułku piechoty spadochronowej 101 Dywizji Powietrznodesantowej”, tytuł oryginału: „Band of brothers. E Company 506th Regiment 101st Airbourne Division. From Normandy to the Hitler's Eagle's Nest”, przekład Leszek Erenfeicht, Wydawnictwo Magnum, ISBN 978-83-89656-55-1, ilość stron 340.

czwartek, 29 września 2011

Doktor Faustus

Doktor Faustus

Miałem ochotę przeczytać coś bardzo ambitnego i niebanalnego. No i trafiłem w dziesiątkę, bo „Doktor Faustus” to dzieło tyleż trudne i wymagające, co wciągające. Ta powieść jest jak narkotyk, pochłania powoli, odurza, wznosi na wyżyny wrażeń i nie pozwala się uwolnić, aż zawładnie całkowicie umysłem czytelnika, do utraty sił.

Narratorem powieści jest Serenus Zeitblom, który pisze biografię swojego przyjaciela, genialnego niemieckiego kompozytora, Adriana Leverküna. Zeitblom opisuje całe życie kompozytora, począwszy od spędzonego z nim wspólnie dzieciństwa w majątku jego rodziców w Kaisersaschern, poprzez lata szkolne i studenckie w Lipsku i Monachium, jego odosobnienie w małym, wiejskim Pfeiffering, aż do śmierci w stanie głębokiego obłąkania, będącego następstwem choroby wenerycznej, którą zaraził się w czasach studenckich, bądź zaprzedaniem duszy diabłu.

Na kanwie życia Adriana Leverküna, umiejscawiając akcję powieści w niemieckich ośrodkach sztuki, nauki, w tym również teologii, pisarz przez całą opowieść pokazuje źródła i fundamenty kultury niemieckiej i europejskiej. Nawiązuje do wybitnych postaci, w książce padają wielkie niemieckie nazwiska: Luter, Nietzsche, Schiller, Beethoven, Bach, Händl, Brahms, Haydn, Mozart, Wagner, Ekkehart, Goethe, Dürer, Kant, Shopenhauer, Hölderlin, Novalis, ale i nie brakuje tu innych wybitnych Europejczyków, jak: Shelley, Keats, Manzoni, Clementi, Chopin, Debussy, Musorgski, Liszt, Czajkowski. Wszystkich nie sposób wymienić. Bohaterowie powieści to wykształceni mieszczanie, studenci, artyści, miłośnicy sztuki, bogaci mecenasi, którzy snują liczne rozważania dotyczące twórczości, artystów, Biblii i kwestii teologicznych (Leverkün początkowo studiuje teologię), niemieckiej tożsamości narodowej, polityki i historii, wierzeń i ludowych mitów germańskich, małżeństwa i miłości oraz wielu innych tematów natury egzystencjalnej. Kiedy się patrzy na te wypisane wyżej niemieckie nazwiska (a przecież to nie wszystkie), nie sposób uwierzyć, jak naród, który dał światu taką kulturę, mógł skusić się na ideologię faszystowską?

Adrian Leverkün często występuje w centrum dyskusji dotyczących muzyki, którą sam przecież komponuje. Oto, jak napisze do swojego przyjaciela na temat mojego ukochanego Chopina: Gram dużo Chopina i czytam o nim. Lubię anielskość jego postaci, przypominającą Shelleya, osobliwy, niezmiernie tajemniczo zawoalowany, niedostępny, ewazywny i pozbawiony przygód charakter jego egzystencji, to pragnienie niewidzenia o niczym, to odrzucanie materialnych doświadczeń, wysublimowany gatunek jego fantastycznie delikatnej a uwodzicielskiej sztuki. (…) Rozważ zwłaszcza jego ironiczny stosunek do tonalności, element mistyfikacji, przemilczenia, nieprecyzowania, negacji, wyszydzania znaku muzycznego. A sięga to daleko, zabawnie i przejmująco daleko...” (str. 133)

Całe życie Adriana to dążenie do doskonałości, poszukiwanie tematu do skomponowania arcydzieła muzycznego na miarę pokoleń. Nie jest to zadanie łatwe nawet dla geniusza, którego nękają nieustanne migreny i postępująca choroba. Szuka więc odosobnienia, wyprowadza się na wieś, gdzie często zamyka się w zaciemnionym pokoju i dopuszcza do siebie jedynie nielicznych. Punktem kulminacyjnym powieści jest dialog Adriana Leverküna z diabłem, który każe nazywać siebie Sammaelem, czyli „aniołem trucizny”. To wtedy, według zapisanej relacji samego kompozytora (jest to jedyny fragment, w którym narratorem jest Leverkün) następuje swoista transakcja, w której otrzymuje on dwadzieścia cztery lata życia, czyli czas konieczny do stworzenia wielkich arcydzieł muzycznych: Czas? Sam tylko czas? Nie, mój drogi, to nie jest diabelski towar. Za to nie zasłużylibyśmy jeszcze na taką cenę, żeby kres do nas należał. Jaki to gatunek czasu, w tym rzecz! Wielki czas, szalony czas, czas iście diabelski, pełen radości i wesela (…). My dostarczamy bowiem wszelkich krańcowości w tej dziedzinie – uniesień dostarczamy i oświecenia, uczucia swobody i wyzwolenia z wszelkich więzów, wolności, pewności, lekkości, poczucia władzy i triumfu tak wielkiego, że nasz człowiek przestaje własnym zmysłom wierzyć, – wliczając w to ponadto jeszcze ogromny podziw dla swego dzieła (…). (str. 211) Czy obarczony śmiertelną chorobą artysta może oprzeć się takiej pokusie? Analogie z Faustem Goethego są aż nazbyt oczywiste. To, co znamienne w wypowiedzi diabła dotyczy jego tożsamości: Jestem wprawdzie Niemcem, Niemcem do szpiku kości, zgoda, aleć przecie na dawny, lepszy sposób, z sercam bowiem kosmopolitą. (str. 208) Nic dziwnego, że powieść wywołała w Niemczech burzę!

Zeitblom pisze biografię przyjaciela w czasie, kiedy Niemcy zaczynają przegrywać II wojnę światową, dlatego opisując życie kompozytora analizuje tragiczną sytuację państwa i Niemców. Snuje rozważania na temat przyszłości Niemców i ich kultury: Rzec pragnę: wojna jest przegrana, lecz oznacza to więcej niż przegranie jednej kampanii, znaczy to istotnie, że m y jesteśmy zgubieni, że zgubiona jest nasza sprawa i dusza, nasza wiara i nasza historia. Koniec już z Niemcami, koniec, zarysowuje się nieopisana klęska ekonomiczna, polityczna, moralna i duchowa, słowem klęska wszechogarniająca, – a ja nie chcę pożądać tego, co nam zagraża, bo jest to rozpacz i jest to obłąkanie. (str.161) Nie może się pogodzić z klęską Niemiec, z upadkiem kultury, z upokorzeniem całego narodu: Niechajże to już nadejdzie! (…) Wołanie o pokój z Anglią (…), domaganie się jakiejś ulgi w warunku bezwzględnej kapitulacji (…) jest jedynie obłędnym nonsensem, mrzonką reżymu, który nie chce zrozumieć i dziś jeszcze widocznie nie pojmuje, że los jego został przesądzony, że musi zniknąć, obciążony przekleństwem – że sam będąc ohydą w oczach świata – i nas, Niemcy, Rzeszę – posuwam się dalej i powiadam: niemieckość, wszystko, co niemieckie, uczynił ohydą dla całego świata. (str. 308) Powieść przejawia troskę o przyszłość Niemiec, przeklina tych, którzy doprowadzili Niemcy do takiego stanu: Powiadam: hańba nasza. (…) Czyż chorobliwa to jedynie skrucha zadawać sobie pytanie, jak w ogóle w przyszłości „Niemcy” w jakiejkolwiek swej postaci będą się mogły odważyć na zabranie głosu w jakiejkolwiek ludzkiej sprawie? (…) Jakże będzie można przynależeć do narodu, którego historia ciężarna jest tak ohydną klęską, do narodu obłąkanego z własnej przyczyny i wypalonego duchowo (…); do narodu, który w zamknięciu będzie żyć musiał sam ze sobą,(…) do narodu, który nie będzie mógł się innym pokazać na oczy? Przekleństwo, przekleństwo niszczycielom, co wprowadzili do szkoły zła ten pierwotnie poczciwy, rzetelny, nazbyt jedynie pojętny, nazbyt chciwie karmiący się teoriami gatunek ludzki! (str. 435/436) Ostre słowa!

Tak jak wspomniałem książka, choć niezwykle ciekawa i intrygująca, nie jest łatwa w odbiorze. Osobiście uwielbiam takie rozważania na granicy filozofii i sztuki, zwłaszcza jeśli chodzi o muzykę poważną, ale przyznam, że były w „Doktorze Faustusie” momenty, kiedy włosy same wychodziły mi z głowy, bo nie potrafiłem ani w jotę zrozumieć o co w nich chodzi. Myślę, że w tych fragmentach pisarz znacznie przesadził, wznosząc formę wypowiedzi na wyżyny możliwe do osiągnięcia wyłącznie przez zawodowych znawców np. teorii muzyki. Oto przykład: (…)Polifoniczna godność każdego tonu tworzącego akord byłaby zagwarantowana konstelacją. Rezultaty historyczne, emancypacja dysonansu wobec swego rozwiązania, jego charakter absolutny, taki, jaki znaleźć już można w różnych miejscach późnej frazy wagnerowskiej, usprawiedliwiłyby każdy akord, który potrafiłby się wylegitymować wobec systemu. (str. 178) Doceniam kunszt i znawstwo Manna, ale w takich momentach robiłem sobie przerwę na herbatę.

Powieść dzieje się w dwóch wymiarach: historycznym i artystycznym, i zarówno w jednym, jak i w drugim ujęciu pisarz pokazuje, do czego prowadzi aktywność ludzka bez zasad moralnych, bez wartości. Zarówno w sensie historycznym (faszystowskie Niemcy), jak i artystycznym (doskonałość za wszelką cenę), w końcowym efekcie brak wartości implikuje życie z piętnem grzechów przeszłości, pogardę i ostateczną klęskę. W ujęciu historycznym jest nią upadek państwa totalitarnego, bombardowanego przez Aliantów, w ujęciu osobistym i artystycznym – obłęd kompozytora.

Bardzo trudna, ale genialna powieść. Arcydzieło!

Cytaty:

Niekiedy zgadzaliśmy się albo raczej: przyłączali do często wyrażanego poglądu, że filozofia jest królową nauk. Zajmuje wśród nich – stwierdzaliśmy – takie mniej więcej miejsce, jak organy wśród instrumentów. Dominuje nad nimi, organizuje je intelektualnie, porządkuje i oczyszcza wyniki badań we wszelkich dziedzinach, tworząc z nich obraz świata, panującą i normującą syntezę, ujawniającą sens życia i naocznie określającą stanowisko człowieka w kosmosie. (str. 78)

Istnieje bowiem, jeśli kto chce, pewna dyscyplina, gdzie królowa-filozofia sama się staje służebną, spada do roli wiedzy pomocniczej, do rangi przedmiotów „pobocznych” mówiąc po akademicku, a dyscypliną tą jest teologia. Tam gdzie umiłowanie mądrości wznosi się do kontemplacji Najwyższej Istoty, praźródła bytu, do nauki o Bogu i o sprawach boskich, tam, rzec by można, osiąga się szczyt naukowej godności, najwyższą i najdostojniejszą sferę poznania, szczyt myśli ludzkiej; uduchowiony intelekt staje przed najwznioślejszym celem. Przed najwznioślejszym, gdyż nauki świeckie, na przykład własna moja filozofia, a wraz z nią historia i inne nauki, stają się tu zwykłymi instrumentami, przydatnymi w służbie poznawania rzeczy świętych – a nadto jest to cel, do którego należy dążyć w najgłębszej pokorze, gdyż według słów Pisma „wyższy jest nad wszelkie pojęcie”, a umysł ludzki wchodzi tu w związki bardziej nabożne i żarliwe niż przy uprawianiu innych, ograniczonych w swej uczoności zawodów. (str. 79)

Czymże jest wolność! Jedynie to, co obojętne, jest wolne, zaś to, co charakterystyczne, nie jest wolne nigdy, jest napiętnowane, zdeterminowane, związane. (str. 80)

Niemcy (…) mają dwutorowy, niedopuszczalnie spekulacyjny sposób myślenia; zawsze chcą mieć jedno i drugie, chcą mieć wszystko. Zdolni są do śmiałego ujawniania przeciwstawnych sobie zasad życia i myśli u wielkich indywidualności. Ale potem robią z tego paćkę, używają określeń jednego w duchu drugiego, wszystko plączą i wydaje im się, że mogą wsadzić do jednego worka wolność i arystokratyzm, idealizm i naturalną naiwność, a to chyba niemożliwe. (str. 80/81)

Według jego zdania wszystko to, całe zło, sam Zły nawet, było konieczną konsekwencją, nieuniknionym atrybutem świętej egzystencji Boga, tak jak i grzech istniał nie sam przez siebie, lecz czerpał swą uciechę z pohańbienia cnoty, bez której byłby całkowicie pozbawiony korzeni; inaczej mówiąc, polegał on na rozkoszy korzystania z wolności, czyli na możliwości popełnienia grzechu, nieodłącznie przynależnej do samego aktu stworzenia. Wyrażała się w„tym pewna logiczna niedoskonałość wszechmocy i wszechdobroci Boga, który nie mógł był przydać swemu stworzeniu – a więc temu, co z niego powstało i obecnie istniało poza nim – niezdolności do popełnienia grzechu. Oznaczałoby to bowiem odmówienie owemu stworzeniu wolnej woli, zdolności odwrócenia się od Boga, – co byłoby niedoskonałym aktem twórczym, a właściwie nie byłoby w ogóle aktem twórczym i manifestacją Boga. Logiczny dylemat Stwórcy tak tedy wyglądał, że nie był On w stanie obdarzyć stworzenia, człowieka i aniołów, samodzielnością wyboru, a więc wolną wolą, i równocześnie przymiotem niemożności popełnienia grzechu. Pobożność i cnota polegały więc na tym, żeby z tej wolności, jaką Bóg z natury rzeczy zagwarantować musiał swemu stworzeniu, robić dobry użytek, czyli ż a d n e g o z niej nie robić użytku – co po prawdzie (…) po trochu wychodziło na to, jakby owo nieużywanie wolności oznaczało pewne uszczuplenie egzystencji, pomniejszenie intensywności życia owego poza Bogiem istniejącego stworzenia. (str. 95)

Niektórzy ludzie nie powinni mówić o wolności, rozumie, humanitaryzmie, po prostu dlatego, żeby tych pojęć nie brukać. (str. 96)

Religijność to, być może, sama młodość, to bezpośredniość, odwaga i głębia osobowego życia, wola i siła, naturalność i demonizm istnienia, doświadczana i przeżywana w pełni witalności, tak jak nam to na nowo uświadomił Kierkegaard. (str. 111)

Powiedziane jest wprawdzie, że przeklęci i wypluci niechaj będą ci, którzy są ani zimni, ani gorący, jeno letni. (str. 121)

Czy to nie Bismarck powiedział, że Niemiec potrzebuje pół flaszki szampana, aby osiągnąć swój naturalny poziom? (…) Zdolny bowiem jest Niemiec, ale mdły – zdolny dostatecznie, żeby się złościć na omdlałość swoją i żeby ją opanować per illuminationem, na zasadzie: wyłaź, dydku. (str. 210)

Podziw dla rzeczy wielkich, entuzjazm, a nawet uczucie oszołomienia, którym nas napawają, są niewątpliwie rozkoszą duchową, lecz możliwe są jedynie w rzeczowych ziemskich i ludzkich zależnościach. Wielkie są piramidy, wielki jest Mont-Blanc i wnętrze bazyliki św. Piotra, jeśli w ogóle nie należy zachować tego atrybutu raczej dla świata moralności i rozumu, dla wzniosłości serca i myśli. (str. 248)

Pobożność, bojaźń boża, moralność, religijność możliwe są jedynie wobec człowieka i poprzez człowieka, w ograniczeniu do spraw ziemskich i ludzkich. Owocem ich zaś musi, powinien być i jest religijnie zabarwiony humanizm, zdeterminowany transcendentnym poczuciem tajemnicy człowieka, dumna świadomość, że nie jest istotą wyłącznie biologiczną, lecz zasadniczą częścią swojej istoty należy do świata ducha, że dany mu został absolut wraz z ideą prawdy, wolności, sprawiedliwości, że nałożono nań obowiązek dążenia do doskonałości. W tym patosie, tym zobowiązaniu, tym szacunku człowieka wobec siebie samego jest Bóg: w stu miliardach Dróg Mlecznych nie mogę go znaleźć. (str. 249/250)

Duch akademicki podtrzymuje młodość i wigor.(str. 281)

W zasadzie istnieje j e d e n tylko problem na świecie i takie właśnie nosi miano: jak się przebić? Jak wydostać się na swobodę? W jaki sposób niszczy się poczwarkę, by zostać motylem? (str. 282)

Namiętność jest zbyt przejęta sobą, aby podejrzewać, że ktokolwiek może być jej serio nieprzyjazny. Przynajmniej jest tak zawsze w sprawach miłosnych, gdzie uczucie uzurpuje sobie wszelkie prawa tego świata i nawet łamiąc zakazy i siejąc zgorszenie mimo woli liczy na wyrozumiałość. (str. 302)

Można mieć umysł prosty, dziecięcy, lecz muzyka jest dla człowieka tajemnym objawieniem najwyższej wiedzy, służbą bożą, a pedagogika muzyczna staje się kapłaństwem…. (str. 369)

Idealizm nie liczy się z tym, że duch bynajmniej nie ulega wyłącznie wpływom duchowym, lecz bywa do głębi poruszony przez zwierzęcą melancholię zmysłowego piękna. (str. 375)

Przeszłość znieść można jedynie czując swoją nad nią przewagę, lecz nie podziwiając jej głupio, w świadomości aktualnego bezwładu. (str. 411)

Bezinteresowność zostaje przecież zniweczona z chwilą, kiedy się przekonujemy, że jest użyteczna. (str. 427)

Tomasz Mann – „Doktor Faustus. Żywot niemieckiego kompozytora Adriana Leverkühna, opowiedziany przez jego przyjaciela”, tytuł oryginału: „Doktor Faustus. Das Leben des deutschen Tonsetzers Adrian Leverkühn erzählt von einen Freunde”, przekład: Maria Kurecka i Witold Wirpsza, Wydawnictwo Muza S.A., Warszawa 2008, ISBN 978-83-7495-462-4, ilość stron 544.

wtorek, 27 września 2011

Wszystkie pieniądze świata

Wszystkie

Kiedy ostatnio Telewizja Polska powtórzyła krótki serial nakręcony na podstawie książki Anatola Potemkowskiego pt. „Wszystkie pieniądze świata”, tak zachwycił mnie klimat tej historii, że od razu pobiegłem do biblioteki w poszukiwaniu powieści. I nie żałuję. Potemkowski był mistrzem ironii, a umiejscowienie akcji powieści w atmosferze okupowanej przez hitlerowców stolicy wcale nie przeszkodziło pisarzowi w humorystycznym ujęciu życiowych ekscesów dwóch głównych bohaterów, choć i treści poważnych tu nie brakuje.

Książka opowiada o tym, jak dwaj szkolni przyjaciele poznają dorosłe życie we wszystkich możliwych obszarach prawdziwego męskiego świata. W tym świecie, na każdej niemal stronie książki, słychać dźwięk ryczących silników, czułe słówka szeptanie na ucho pięknym dziewczętom oraz szelest w bardziej lub mniej uczciwy sposób zarobionych banknotów. Jest to książka o tym, jak chłopcy stają się mężczyznami, o prawdziwej męskiej przyjaźni, o honorze i brutalnym życiu, w którym czasami można otrzeć się o śmierć.

Największym atutem pióra Anatola Potemkowskiego jest humor, który tak bardzo cenię, szczególnie w powieściach opowiadających o czasach z definicji smutnych. Jest to humor często rubaszny, nieprzebierający w słowach, a poprawność polityczna i społeczna w dzisiejszym rozumieniu nie ma tu nic do szukania. Obawiam się wręcz, że gdyby dzisiaj Potemkowski żył, usłyszałby z niejednego źródła opinię, że książka jest seksistowska. Ale może nie będę rozwijał tego wątku, niech każdy wyrobi sobie swoje własne zdanie. Polecam.

Wszystkie_Pieniadze_Swiata

Anatol Potemkowski – „Wszystkie pieniądze świata”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1983, ISBN 83-060-0998-3, ilość stron 290.