Miałem ochotę przeczytać coś bardzo ambitnego i niebanalnego. No i trafiłem w dziesiątkę, bo „Doktor Faustus” to dzieło tyleż trudne i wymagające, co wciągające. Ta powieść jest jak narkotyk, pochłania powoli, odurza, wznosi na wyżyny wrażeń i nie pozwala się uwolnić, aż zawładnie całkowicie umysłem czytelnika, do utraty sił.
Narratorem powieści jest Serenus Zeitblom, który pisze biografię swojego przyjaciela, genialnego niemieckiego kompozytora, Adriana Leverküna. Zeitblom opisuje całe życie kompozytora, począwszy od spędzonego z nim wspólnie dzieciństwa w majątku jego rodziców w Kaisersaschern, poprzez lata szkolne i studenckie w Lipsku i Monachium, jego odosobnienie w małym, wiejskim Pfeiffering, aż do śmierci w stanie głębokiego obłąkania, będącego następstwem choroby wenerycznej, którą zaraził się w czasach studenckich, bądź zaprzedaniem duszy diabłu.
Na kanwie życia Adriana Leverküna, umiejscawiając akcję powieści w niemieckich ośrodkach sztuki, nauki, w tym również teologii, pisarz przez całą opowieść pokazuje źródła i fundamenty kultury niemieckiej i europejskiej. Nawiązuje do wybitnych postaci, w książce padają wielkie niemieckie nazwiska: Luter, Nietzsche, Schiller, Beethoven, Bach, Händl, Brahms, Haydn, Mozart, Wagner, Ekkehart, Goethe, Dürer, Kant, Shopenhauer, Hölderlin, Novalis, ale i nie brakuje tu innych wybitnych Europejczyków, jak: Shelley, Keats, Manzoni, Clementi, Chopin, Debussy, Musorgski, Liszt, Czajkowski. Wszystkich nie sposób wymienić. Bohaterowie powieści to wykształceni mieszczanie, studenci, artyści, miłośnicy sztuki, bogaci mecenasi, którzy snują liczne rozważania dotyczące twórczości, artystów, Biblii i kwestii teologicznych (Leverkün początkowo studiuje teologię), niemieckiej tożsamości narodowej, polityki i historii, wierzeń i ludowych mitów germańskich, małżeństwa i miłości oraz wielu innych tematów natury egzystencjalnej. Kiedy się patrzy na te wypisane wyżej niemieckie nazwiska (a przecież to nie wszystkie), nie sposób uwierzyć, jak naród, który dał światu taką kulturę, mógł skusić się na ideologię faszystowską?
Adrian Leverkün często występuje w centrum dyskusji dotyczących muzyki, którą sam przecież komponuje. Oto, jak napisze do swojego przyjaciela na temat mojego ukochanego Chopina: Gram dużo Chopina i czytam o nim. Lubię anielskość jego postaci, przypominającą Shelleya, osobliwy, niezmiernie tajemniczo zawoalowany, niedostępny, ewazywny i pozbawiony przygód charakter jego egzystencji, to pragnienie niewidzenia o niczym, to odrzucanie materialnych doświadczeń, wysublimowany gatunek jego fantastycznie delikatnej a uwodzicielskiej sztuki. (…) Rozważ zwłaszcza jego ironiczny stosunek do tonalności, element mistyfikacji, przemilczenia, nieprecyzowania, negacji, wyszydzania znaku muzycznego. A sięga to daleko, zabawnie i przejmująco daleko...” (str. 133)
Całe życie Adriana to dążenie do doskonałości, poszukiwanie tematu do skomponowania arcydzieła muzycznego na miarę pokoleń. Nie jest to zadanie łatwe nawet dla geniusza, którego nękają nieustanne migreny i postępująca choroba. Szuka więc odosobnienia, wyprowadza się na wieś, gdzie często zamyka się w zaciemnionym pokoju i dopuszcza do siebie jedynie nielicznych. Punktem kulminacyjnym powieści jest dialog Adriana Leverküna z diabłem, który każe nazywać siebie Sammaelem, czyli „aniołem trucizny”. To wtedy, według zapisanej relacji samego kompozytora (jest to jedyny fragment, w którym narratorem jest Leverkün) następuje swoista transakcja, w której otrzymuje on dwadzieścia cztery lata życia, czyli czas konieczny do stworzenia wielkich arcydzieł muzycznych: Czas? Sam tylko czas? Nie, mój drogi, to nie jest diabelski towar. Za to nie zasłużylibyśmy jeszcze na taką cenę, żeby kres do nas należał. Jaki to gatunek czasu, w tym rzecz! Wielki czas, szalony czas, czas iście diabelski, pełen radości i wesela (…). My dostarczamy bowiem wszelkich krańcowości w tej dziedzinie – uniesień dostarczamy i oświecenia, uczucia swobody i wyzwolenia z wszelkich więzów, wolności, pewności, lekkości, poczucia władzy i triumfu tak wielkiego, że nasz człowiek przestaje własnym zmysłom wierzyć, – wliczając w to ponadto jeszcze ogromny podziw dla swego dzieła (…). (str. 211) Czy obarczony śmiertelną chorobą artysta może oprzeć się takiej pokusie? Analogie z Faustem Goethego są aż nazbyt oczywiste. To, co znamienne w wypowiedzi diabła dotyczy jego tożsamości: Jestem wprawdzie Niemcem, Niemcem do szpiku kości, zgoda, aleć przecie na dawny, lepszy sposób, z sercam bowiem kosmopolitą. (str. 208) Nic dziwnego, że powieść wywołała w Niemczech burzę!
Zeitblom pisze biografię przyjaciela w czasie, kiedy Niemcy zaczynają przegrywać II wojnę światową, dlatego opisując życie kompozytora analizuje tragiczną sytuację państwa i Niemców. Snuje rozważania na temat przyszłości Niemców i ich kultury: Rzec pragnę: wojna jest przegrana, lecz oznacza to więcej niż przegranie jednej kampanii, znaczy to istotnie, że m y jesteśmy zgubieni, że zgubiona jest nasza sprawa i dusza, nasza wiara i nasza historia. Koniec już z Niemcami, koniec, zarysowuje się nieopisana klęska ekonomiczna, polityczna, moralna i duchowa, słowem klęska wszechogarniająca, – a ja nie chcę pożądać tego, co nam zagraża, bo jest to rozpacz i jest to obłąkanie. (str.161) Nie może się pogodzić z klęską Niemiec, z upadkiem kultury, z upokorzeniem całego narodu: Niechajże to już nadejdzie! (…) Wołanie o pokój z Anglią (…), domaganie się jakiejś ulgi w warunku bezwzględnej kapitulacji (…) jest jedynie obłędnym nonsensem, mrzonką reżymu, który nie chce zrozumieć i dziś jeszcze widocznie nie pojmuje, że los jego został przesądzony, że musi zniknąć, obciążony przekleństwem – że sam będąc ohydą w oczach świata – i nas, Niemcy, Rzeszę – posuwam się dalej i powiadam: niemieckość, wszystko, co niemieckie, uczynił ohydą dla całego świata. (str. 308) Powieść przejawia troskę o przyszłość Niemiec, przeklina tych, którzy doprowadzili Niemcy do takiego stanu: Powiadam: hańba nasza. (…) Czyż chorobliwa to jedynie skrucha zadawać sobie pytanie, jak w ogóle w przyszłości „Niemcy” w jakiejkolwiek swej postaci będą się mogły odważyć na zabranie głosu w jakiejkolwiek ludzkiej sprawie? (…) Jakże będzie można przynależeć do narodu, którego historia ciężarna jest tak ohydną klęską, do narodu obłąkanego z własnej przyczyny i wypalonego duchowo (…); do narodu, który w zamknięciu będzie żyć musiał sam ze sobą,(…) do narodu, który nie będzie mógł się innym pokazać na oczy? Przekleństwo, przekleństwo niszczycielom, co wprowadzili do szkoły zła ten pierwotnie poczciwy, rzetelny, nazbyt jedynie pojętny, nazbyt chciwie karmiący się teoriami gatunek ludzki! (str. 435/436) Ostre słowa!
Tak jak wspomniałem książka, choć niezwykle ciekawa i intrygująca, nie jest łatwa w odbiorze. Osobiście uwielbiam takie rozważania na granicy filozofii i sztuki, zwłaszcza jeśli chodzi o muzykę poważną, ale przyznam, że były w „Doktorze Faustusie” momenty, kiedy włosy same wychodziły mi z głowy, bo nie potrafiłem ani w jotę zrozumieć o co w nich chodzi. Myślę, że w tych fragmentach pisarz znacznie przesadził, wznosząc formę wypowiedzi na wyżyny możliwe do osiągnięcia wyłącznie przez zawodowych znawców np. teorii muzyki. Oto przykład: (…)Polifoniczna godność każdego tonu tworzącego akord byłaby zagwarantowana konstelacją. Rezultaty historyczne, emancypacja dysonansu wobec swego rozwiązania, jego charakter absolutny, taki, jaki znaleźć już można w różnych miejscach późnej frazy wagnerowskiej, usprawiedliwiłyby każdy akord, który potrafiłby się wylegitymować wobec systemu. (str. 178) Doceniam kunszt i znawstwo Manna, ale w takich momentach robiłem sobie przerwę na herbatę.
Powieść dzieje się w dwóch wymiarach: historycznym i artystycznym, i zarówno w jednym, jak i w drugim ujęciu pisarz pokazuje, do czego prowadzi aktywność ludzka bez zasad moralnych, bez wartości. Zarówno w sensie historycznym (faszystowskie Niemcy), jak i artystycznym (doskonałość za wszelką cenę), w końcowym efekcie brak wartości implikuje życie z piętnem grzechów przeszłości, pogardę i ostateczną klęskę. W ujęciu historycznym jest nią upadek państwa totalitarnego, bombardowanego przez Aliantów, w ujęciu osobistym i artystycznym – obłęd kompozytora.
Bardzo trudna, ale genialna powieść. Arcydzieło!
Cytaty:
Niekiedy zgadzaliśmy się albo raczej: przyłączali do często wyrażanego poglądu, że filozofia jest królową nauk. Zajmuje wśród nich – stwierdzaliśmy – takie mniej więcej miejsce, jak organy wśród instrumentów. Dominuje nad nimi, organizuje je intelektualnie, porządkuje i oczyszcza wyniki badań we wszelkich dziedzinach, tworząc z nich obraz świata, panującą i normującą syntezę, ujawniającą sens życia i naocznie określającą stanowisko człowieka w kosmosie. (str. 78)
Istnieje bowiem, jeśli kto chce, pewna dyscyplina, gdzie królowa-filozofia sama się staje służebną, spada do roli wiedzy pomocniczej, do rangi przedmiotów „pobocznych” mówiąc po akademicku, a dyscypliną tą jest teologia. Tam gdzie umiłowanie mądrości wznosi się do kontemplacji Najwyższej Istoty, praźródła bytu, do nauki o Bogu i o sprawach boskich, tam, rzec by można, osiąga się szczyt naukowej godności, najwyższą i najdostojniejszą sferę poznania, szczyt myśli ludzkiej; uduchowiony intelekt staje przed najwznioślejszym celem. Przed najwznioślejszym, gdyż nauki świeckie, na przykład własna moja filozofia, a wraz z nią historia i inne nauki, stają się tu zwykłymi instrumentami, przydatnymi w służbie poznawania rzeczy świętych – a nadto jest to cel, do którego należy dążyć w najgłębszej pokorze, gdyż według słów Pisma „wyższy jest nad wszelkie pojęcie”, a umysł ludzki wchodzi tu w związki bardziej nabożne i żarliwe niż przy uprawianiu innych, ograniczonych w swej uczoności zawodów. (str. 79)
Czymże jest wolność! Jedynie to, co obojętne, jest wolne, zaś to, co charakterystyczne, nie jest wolne nigdy, jest napiętnowane, zdeterminowane, związane. (str. 80)
Niemcy (…) mają dwutorowy, niedopuszczalnie spekulacyjny sposób myślenia; zawsze chcą mieć jedno i drugie, chcą mieć wszystko. Zdolni są do śmiałego ujawniania przeciwstawnych sobie zasad życia i myśli u wielkich indywidualności. Ale potem robią z tego paćkę, używają określeń jednego w duchu drugiego, wszystko plączą i wydaje im się, że mogą wsadzić do jednego worka wolność i arystokratyzm, idealizm i naturalną naiwność, a to chyba niemożliwe. (str. 80/81)
Według jego zdania wszystko to, całe zło, sam Zły nawet, było konieczną konsekwencją, nieuniknionym atrybutem świętej egzystencji Boga, tak jak i grzech istniał nie sam przez siebie, lecz czerpał swą uciechę z pohańbienia cnoty, bez której byłby całkowicie pozbawiony korzeni; inaczej mówiąc, polegał on na rozkoszy korzystania z wolności, czyli na możliwości popełnienia grzechu, nieodłącznie przynależnej do samego aktu stworzenia. Wyrażała się w„tym pewna logiczna niedoskonałość wszechmocy i wszechdobroci Boga, który nie mógł był przydać swemu stworzeniu – a więc temu, co z niego powstało i obecnie istniało poza nim – niezdolności do popełnienia grzechu. Oznaczałoby to bowiem odmówienie owemu stworzeniu wolnej woli, zdolności odwrócenia się od Boga, – co byłoby niedoskonałym aktem twórczym, a właściwie nie byłoby w ogóle aktem twórczym i manifestacją Boga. Logiczny dylemat Stwórcy tak tedy wyglądał, że nie był On w stanie obdarzyć stworzenia, człowieka i aniołów, samodzielnością wyboru, a więc wolną wolą, i równocześnie przymiotem niemożności popełnienia grzechu. Pobożność i cnota polegały więc na tym, żeby z tej wolności, jaką Bóg z natury rzeczy zagwarantować musiał swemu stworzeniu, robić dobry użytek, czyli ż a d n e g o z niej nie robić użytku – co po prawdzie (…) po trochu wychodziło na to, jakby owo nieużywanie wolności oznaczało pewne uszczuplenie egzystencji, pomniejszenie intensywności życia owego poza Bogiem istniejącego stworzenia. (str. 95)
Niektórzy ludzie nie powinni mówić o wolności, rozumie, humanitaryzmie, po prostu dlatego, żeby tych pojęć nie brukać. (str. 96)
Religijność to, być może, sama młodość, to bezpośredniość, odwaga i głębia osobowego życia, wola i siła, naturalność i demonizm istnienia, doświadczana i przeżywana w pełni witalności, tak jak nam to na nowo uświadomił Kierkegaard. (str. 111)
Powiedziane jest wprawdzie, że przeklęci i wypluci niechaj będą ci, którzy są ani zimni, ani gorący, jeno letni. (str. 121)
Czy to nie Bismarck powiedział, że Niemiec potrzebuje pół flaszki szampana, aby osiągnąć swój naturalny poziom? (…) Zdolny bowiem jest Niemiec, ale mdły – zdolny dostatecznie, żeby się złościć na omdlałość swoją i żeby ją opanować per illuminationem, na zasadzie: wyłaź, dydku. (str. 210)
Podziw dla rzeczy wielkich, entuzjazm, a nawet uczucie oszołomienia, którym nas napawają, są niewątpliwie rozkoszą duchową, lecz możliwe są jedynie w rzeczowych ziemskich i ludzkich zależnościach. Wielkie są piramidy, wielki jest Mont-Blanc i wnętrze bazyliki św. Piotra, jeśli w ogóle nie należy zachować tego atrybutu raczej dla świata moralności i rozumu, dla wzniosłości serca i myśli. (str. 248)
Pobożność, bojaźń boża, moralność, religijność możliwe są jedynie wobec człowieka i poprzez człowieka, w ograniczeniu do spraw ziemskich i ludzkich. Owocem ich zaś musi, powinien być i jest religijnie zabarwiony humanizm, zdeterminowany transcendentnym poczuciem tajemnicy człowieka, dumna świadomość, że nie jest istotą wyłącznie biologiczną, lecz zasadniczą częścią swojej istoty należy do świata ducha, że dany mu został absolut wraz z ideą prawdy, wolności, sprawiedliwości, że nałożono nań obowiązek dążenia do doskonałości. W tym patosie, tym zobowiązaniu, tym szacunku człowieka wobec siebie samego jest Bóg: w stu miliardach Dróg Mlecznych nie mogę go znaleźć. (str. 249/250)
Duch akademicki podtrzymuje młodość i wigor.(str. 281)
W zasadzie istnieje j e d e n tylko problem na świecie i takie właśnie nosi miano: jak się przebić? Jak wydostać się na swobodę? W jaki sposób niszczy się poczwarkę, by zostać motylem? (str. 282)
Namiętność jest zbyt przejęta sobą, aby podejrzewać, że ktokolwiek może być jej serio nieprzyjazny. Przynajmniej jest tak zawsze w sprawach miłosnych, gdzie uczucie uzurpuje sobie wszelkie prawa tego świata i nawet łamiąc zakazy i siejąc zgorszenie mimo woli liczy na wyrozumiałość. (str. 302)
Można mieć umysł prosty, dziecięcy, lecz muzyka jest dla człowieka tajemnym objawieniem najwyższej wiedzy, służbą bożą, a pedagogika muzyczna staje się kapłaństwem…. (str. 369)
Idealizm nie liczy się z tym, że duch bynajmniej nie ulega wyłącznie wpływom duchowym, lecz bywa do głębi poruszony przez zwierzęcą melancholię zmysłowego piękna. (str. 375)
Przeszłość znieść można jedynie czując swoją nad nią przewagę, lecz nie podziwiając jej głupio, w świadomości aktualnego bezwładu. (str. 411)
Bezinteresowność zostaje przecież zniweczona z chwilą, kiedy się przekonujemy, że jest użyteczna. (str. 427)
Tomasz Mann – „Doktor Faustus. Żywot niemieckiego kompozytora Adriana Leverkühna, opowiedziany przez jego przyjaciela”, tytuł oryginału: „Doktor Faustus. Das Leben des deutschen Tonsetzers Adrian Leverkühn erzählt von einen Freunde”, przekład: Maria Kurecka i Witold Wirpsza, Wydawnictwo Muza S.A., Warszawa 2008, ISBN 978-83-7495-462-4, ilość stron 544.