Serdecznie witam wszystkich fanów czytania. "Moje lektury" to miejsce, w którym znajdziecie wyłącznie subiektywne opisy wrażeń związanych z przeczytanymi książkami. Opublikowane tutaj posty są implikacją mojego osobistego hobby, własnego gustu i nie mają nic wspólnego z zawodowym dziennikarstwem, zarobkowym recenzowaniem, uprawianiem krytyki literackiej, czy promowaniem wydawnictw. Życzę dobrych wrażeń.

quaffery

środa, 16 listopada 2016

LEONARD COHEN 1934 - 2016




Tajemny akord kiedyś brzmiał
Pan cieszył się, gdy Dawid grał
Ale muzyki dziś tak nikt nie czuje
Tu kwarta i kwinta, tak to szło
Raz wyżej w dur, raz niżej w moll
Nieszczęsny król ułożył Alleluja

Alleluja, Alleluja
Alleluja, Alleluja

Na wiarę nic nie chciałeś brać
Lecz sprawił to księżyca blask
Że piękność jej na zawsze Cię podbiła
Kuchenne krzesło tronem twym
Ostrzygła Cię, już nie masz sił
I z gardła ci wydarła Alleluja

Alleluja, Alleluja
Alleluja, Alleluja

Dlaczego mi zarzucasz wciąż
Że nadaremno wzywam Go
Ja przecież nawet nie znam Go z imienia
Jest w każdym słowie światła błysk
Nieważne, czy usłyszy dziś
Najświętsze, czy nieczyste Alleluja

Alleluja, Alleluja
Alleluja, Alleluja

Tak się starałem, ale cóż
Dotykam tylko, zamiast czuć
Lecz mówię prawdę, nie chcę was oszukać
I chociaż wszystko poszło źle
Przed Panem Pieśni stawię się
Na ustach mając tylko Alleluja

Alleluja, Alleluja
Alleluja, Alleluja
Alleluja, Alleluja
Alleluja, Alleluja

(Leonard Cohen - Hallelujah, przekład: Maciej Zembaty)

poniedziałek, 14 listopada 2016

Gra szklanych paciorków

Gra Hesse

Gdyby wartość nagrody Nobla mierzono poziomem trudności w odbiorze tekstu powieści, to – zakładając, że Nobel za całokształt twórczości obejmuje również i tę książkę – można by powiedzieć, że Hesse w pełni zasłużył na nagrodę. „Gra szklanych paciorków” to jeden z najtrudniejszych tekstów, jakie miałem okazję czytać i trzeba naprawdę wiele wysiłku i cierpliwości, żeby przejść przez tę filozoficzną magmę i zrozumieć „co autor miał na myśli”. Tak jak polot i mistrzowskie pióro z „Demiana”, „Narcyza i Złotoustego”, „Pod kołami”, „Wilka stepowego” dosłownie porywają w wykreowany przez Hessego świat, tak lektura „Gry szklanych paciorków”, choć nadal zachwyca kunsztem pisarskim, to momentami nuży wielostronicowymi wywodami, trudnej do rozwikłania natury. Czytelnik odnosi wrażenie, że jest to powieść, której istoty – tak jak istoty samej gry szklanych paciorków – nie sposób uchwycić. A jednak….

Żeby zrozumieć to dzieło, nie obejdzie się bez choćby pobieżnego zajrzenia do biografii Hessego. Ostatnią swoją powieść Hesse pisał ponad dziesięć lat i było to w czasach, gdy w Niemczech coraz bardziej eskalowało nazistowskie szaleństwo, doprowadzając do znanego wszystkim tragicznego finału. Od intelektualistów tej klasy co Hesse, opinia publiczna oczekiwała wyrazistej deklaracji, opowiedzenia się czy to po stronie brunatnych koszul, czy czerwonych sztandarów, ale Hesse, tak jak Szwajcaria, w której mieszkał, za wszelką cenę starał się zachować swoją neutralność. Jako pisarz chciał służyć jedynie wolnemu duchowi, ludzkiej myśli, sztuce, intelektualnemu dziedzictwu bez żadnych politycznych konotacji i takich czy innych „izmów” – i tę swoją ideę przelał w tekst „Gry szklanych paciorków” (Więcej na ten temat można przeczytać w biografii Hessego autorstwa Gunnara Deckera pt. „Hermann Hesse. Wędrowiec i jego cień”).

Miejsce, w którym umiejscowiona została akcja powieści (choć słowo „akcja” może być tu zbyt na wyrost) to fikcyjna (utopijna?) Kastalia, region nienazwanego europejskiego państwa, a jej czas jest bliżej nieokreślony. Wiadomo na pewno, że burzliwy wiek XX już przeminął, chociaż w jednym z fragmentów książki można przeczytać, że od dokonanego przez Lutra rozbicia Kościoła minęło czterysta lat (str. 358), co sugerowałoby, że jest dopiero początek XX wieku (przeoczenie?). Według biografów powieść dzieje się w roku 2200, a pierwszym przyczynkiem do wymyślenia Kastalii mogła być powieść Edwarda Bellamy’ego „W roku 2000”, której protagonista przenosi się do roku 2000 i ze zdziwieniem odkrywa, że żyje w socjalistycznej utopii – można więc powiedzieć, że mamy tu prawie science fiction.

Narrator powieści bada życiorys i twórczość Józefa Knechta („knecht” po niemiecku: sługa, parobek), Magistra Ludi, tj. mistrza gry szklanych paciorków i odtwarza jego losy na podstawie odnalezionych notatek, fragmentów wspomnień, urzędowych sprawozdań, uczelnianych legend, począwszy od lat dziecięcych, poprzez cały proces kształcenia w elitarnych szkołach Kastalii (notabene Knecht przeszedł te same etapy nauczania co Hesse), objęcie urzędu Magistra Ludi, na rezygnacji i śmierci głównego bohatera skończywszy (to wszystko wiadome jest czytelnikowi od pierwszych stron powieści, informacje te nie są więc spoilerem). Kastalia to miejsce szczególne, jest to kraina, której utworzeniu przyświecało stanie na straży rozwoju intelektu, pielęgnowanie sztuki, dbałość o wysoki poziom kształcenia, a wszystko to pod pieczą medytacyjnego zakonu mędrców, ascetycznych mistrzów, pielęgnujących w tym celu grę szklanych paciorków. Podstawą gry była muzyka i matematyka, a z czasem przejęły ją i uzupełniły wszystkie niemal nauki, a szczególnie: filologia klasyczna, astronomia, logika, fizyka, inne sztuki piękne, w tym architektura, itp.

Na temat niemożliwej do zdefiniowania istoty gry szklanych paciorków Hesse pisze niemal przez całe kilkaset stron powieści:

Reguły te, mowa znaków i gramatyka gry, stanowią rodzaj wysoce rozwiniętego, tajemnego języka, w którym udział swój mają przeróżne nauki i sztuki, zwłaszcza jednak matematyka i muzyka (albo teoria muzyki), wyrażając treść i rezultaty niemal wszelkich nauk i wzajemne mogąc tworzyć pomiędzy nimi związki. Gra szklanych paciorków jest zatem grą wszelkimi treściami i wartościami naszej kultury, igra nimi zapewne tak, jak w okresie rozkwitu sztuk pięknych malarz igrał barwami swojej palety. Cokolwiek ludzkość w twórczych swoich epokach wydała w zakresie wiedzy, szczytnych myśli i dzieł sztuki, co późniejsze czasy uczonej refleksji sprowadziły do pojęć i uczyniły naszym dobrem intelektualnym, cały ów ogromny zasób duchowych wartości służy graczowi szklanych paciorków, który gra na nich tak, jak organista na organach, a instrument ów jest niewiarygodnie doskonały, manuały jego i pedały penetrują cały duchowy kosmos, liczba rejestrów jest niemal niezliczona i teoretycznie można by z pomocą tego instrumentu odtworzyć w grze intelektualną treść całego świata.” (str. 12-13)

Owa arcygra, pod hegemonią raz jednej, raz znowu innej nauki lub sztuki, ukształtowała się w rodzaj uniwersalnego języka, za pomocą którego grający mogli wyrażać pewne wartości w sensownych znakach i tworzyć kontakty pomiędzy nimi. Gra miała zawsze ścisły związek z muzyką i przebiegała przeważnie według zasad muzycznych lub matematycznych. Ustalano jeden, dwa, trzy tematy, wykonywano je, dokonywano ich przekształceń i doznawały one tego samego losu, co temat jakiejś fugi lub części koncertu. Gra mogła na przykład wywodzić się z pewnej podanej już konfiguracji astronomicznej czy tematu fugi Bachowskiej, lub od jakiegoś cytatu z Leibniza czy Upaniszad, a zależnie od zamiaru i zdolności grającego można było albo dalej prowadzić tę rozbudzoną już ideę przewodnią i rozbudowywać ją, albo wzbogacać jej wyraz współbrzmieniami z wyobrażeniami pokrewnymi. I jeśli początkujący gracz potrafił na przykład tworzyć za pomocą znaków gry paralele pomiędzy muzyką klasyczną a formułą pewnego prawa przyrodniczego, u sprawnego już mistrza gra wiodła swobodnie od początkowego tematu aż po nieograniczone kombinacje. (…) Stanowiła ona bowiem wyszukaną, symboliczną formę poszukiwania doskonałości, wzniosłą alchemię, jedynego w samym sobie, ponad wszelkimi mnogościami i obrazami, ducha, czyli Boga.” (str. 36 – 37)

„Gra, dawniej uprawiana swobodnie przez jednostki lub w gronach koleżeńskich, choć co prawda od dłuższego już czasu życzliwie popierana przez instytucję pedagogiczną, zorganizowana została oficjalnie najpierw we Francji i w Anglii, a pozostałe kraje dość szybko poszły ich śladem. W każdym tedy kraju ustanowiono komisję do spraw gry i naczelnego jej kierownika z tytułem magistra ludi, oficjalnie zaś, pod osobistym nadzorem owego magistra przeprowadzane gry podniesiono do rangi duchowych uroczystości. Magister pozostawał oczywiście — jak wszyscy wyżsi i najwyżsi funkcjonariusze kultury duchowej — anonimowy i prócz kilku najbliższych osób nikt nie znał prawdziwego jego imienia. Jedynie wielkie, oficjalne gry, za które odpowiedzialny był magister ludi, miały do dyspozycji oficjalne i międzynarodowe środki przekazu, jak radio i temu podobne. Do obowiązków magistrów należało — prócz kierowania publicznymi grami — popieranie graczy i szkół gry, lecz przede wszystkim mieli oni jak najskrupulatniej czuwać nad dalszym rozwojem samej gry. I wyłącznie Światowa Komisja Magistrów ze wszystkich krajów decydowała o przyjmowaniu (co dziś niemal się już nie zdarza) do gry nowych formuł czy znaków, o ewentualnym rozszerzeniu reguł gry, o tym, czy włączenie do niej nowych dziedzin pożądane jest, czy zbędne. Jeśli będziemy uważać grę za rodzaj uniwersalnego języka intelektualistów, komisje poszczególnych krajów pod kierownictwem swoich magistrów stanowiłyby akademie, czuwające nad zasobami, dalszym rozwojem oraz utrzymywaniem czystości tego języka.” (str. 39)

Zakon pieczołowicie bada umiejętności i uzdolnienia kandydatów do szkół elitarnych, selekcjonuje ich, umieszcza w internatach, zapewnia wszystkie niezbędne do kształcenia środki i materiały, poddaje procesowi długiego i żmudnego kształcenia - z jednej strony podporządkowując ich kastalskim strukturom edukacyjnym (sprawozdania z przebiegu nauki), z drugiej dając dość szeroki zakres swobody w wyborze swojej naukowej kariery. Władze zakonu nie protestują nawet wtedy, gdy student jako swój kierunek życiowy wybiera nikomu niepotrzebne badania takiego czy innego zagadnienia, ot tak na zasadzie sobie, a muzom. Chodzi bowiem wyłącznie o pielęgnowanie intelektu, o jego służbę nauce i sztuce, o przekazywanie duchowego dziedzictwa, w oderwaniu od realnego, rzeczywistego świata, skażonego ideologiami, polityką, religiami, koniunkturalizmem.

Kiedy jednak Knecht osiąga w grze szklanych paciorków mistrzowskie szczyty, z biegiem lat, głównie pod wpływem przyjaciół zaczyna przechodzić kryzys, mieć wątpliwości – czy można żyć wyłącznie dla celów intelektualnych, czy służba intelektu wyłącznie samej nauce, w oderwaniu od realnego świata ma sens? A jeśli intelektualiści mają służyć jedynie nauce, kulturze, to jak zagwarantować im wolność myśli? Jak stworzyć ochronę, nienaruszalną i swobodną przestrzeń? Czy jest możliwe zbudowanie takiej ochrony bez tworzenia nadmiernie rozbudowanych struktur, które zazwyczaj przejmują kontrolę nad ochranianym i w końcu zaprzeczają idei samej wolności? Jacy ludzie mają tworzyć elitę? Wokół takich dylematów przesuwają się szklane paciorki gry Hermanna Hessego.

Oprócz Knechta w powieści występuje zaledwie kilka kluczowych postaci: Plinio Designori jego przyjaciel i adwersarz w dyskusjach dotyczących roli Kastalii w życiu kraju i społeczeństwa; Fritz Tegularius, trochę niezrównoważony, szczery w swoich opiniach i oddany pomocnik; Carlo Ferromonte, szkolny przyjaciel i znawca muzyki; Ojciec Jakub z klasztoru dominikanów i ukochany mistrz Knechta, który pomaga mu w realizacji ważnej misji; żyjący w odosobnieniu Bambusowego Gaju tzw. Starszy Brat, mistrz praktykujący I Ging; pan Dubois zakonny urzędnik, czy wreszcie mistrz muzyki, mentor Knechta, który rekomendował jego przyjęcie do elitarnej szkoły. Równie niewiele występuje tu zdarzeń, bo cała powieść to wewnętrzny świat Knechta, uzupełniony w drugiej części twórczością głównego bohatera. Składają się na nią wiersze i opowiadania, będące efektem studenckich ćwiczeń, które polegały na tym, że studenci spisywali swój życiorys umiejscawiając go w dowolnym miejscu i okresie historycznym i kulturowym. Po Józefie Knechcie pozostały trzy tak stworzone życiorysy: pierwszy, w którym był zaklinaczem deszczu; drugi, w którym występował jako żyjący w odosobnieniu chrześcijański spowiednik oraz trzeci, w którym występował jako odsunięty z dworu hinduski książę, wychowany jako wiejski pastuch (do powieści miał być jeszcze dołączony życiorys szwabski, ale widocznie pisarz uznał, że mogłoby to być odebrane jako gest zaangażowania w ówczesną sytuację). Wszystkie alternatywne życiorysy Knechta mają jedną cechę wspólną, przedstawiają relacje pomiędzy uczniem i mistrzem, a ich punktem zwrotnym zawsze jest wybór dokonywany przez bohatera, wybór, który zaważy na jego i otoczenia losach.

Co ciekawe, w powieści występują analogie do znanych Hessemu twórców, czy przyjaciół. Za stworzonymi przez siebie postaciami kryją się takie osoby jak Tomasz Mann czy Friedrich Nietzsche, występują liczne do nich nawiązania. Wymieniane są też takie nazwiska jak Leibniz, Platon, Goethe, a najczęściej występujący artyści to najsłynniejsi w dziejach kompozytorzy, niemal wyłącznie z epoki baroku: Händel, Couperen, Scarlatti, Purcell, Corelli, Telemann, Pachelbel, na czele z Janem Sebastianem Bachem i na okrasę jeden z klasyków wiedeńskich czyli pan Mozart. I jakoś nie znalazło się w tej opasłej powieści miejsce na ulubionego przez faszystów romantyka Wagnera (ups!).

Podstawą gry szklanych paciorków jest muzyka i matematyka. Ta ostatnia, absolutnie bezkompromisowa w swojej logice i stałości zasad, ta pierwsza najbardziej nieposkromiona, nieograniczona w swoich możliwościach twórczych sztuka - zarówno jedna jak i druga niemożliwa do podporządkowania jakimkolwiek totalitarnym strukturom i wytycznym. I to jest właśnie odpowiedź Hessego na czasy, w jakich przyszło mu żyć. Hesse, który w prywatnych listach nazywa Hitlera głupcem, odmawia podpisania deklaracji aryjskiego pochodzenia, pomaga emigrantom uciekającym przed nazistowskim totalitaryzmem, wypowiada się tylko i aż poprzez "Grę szklanych paciorków", w której stawia jasną, kategoryczną deklarację: jestem artystą, pisarzem i służę wyłącznie sztuce.

Wszystkie cytaty pochodzą z wymienionego niżej wydania.

Hermann Hesse – „Gra szklanych paciorków. Próba opisu życia magistra ludi Józefa Knechta wraz z jego spuścizną pisarską”, tytuł oryginału: „Das Glasperlenspiel”, tłumaczenie: Maria Kurecka, Wydawnictwo Poznańskie 1971 rok, ISBN: brak (w tym czasie nie stosowany w Polsce), ilość stron: 590.

niedziela, 13 listopada 2016

Szeregowiec Doss

Szeregowiec Doss

Gdyby nie film "Przełęcz ocalonych" Mela Gibsona, prawdopodobnie niewielu ludzi dowiedziałoby się, że żył kiedyś taki Desmond Doss, zwyczajny amerykański chłopak, który podczas walk na Okinawie, kierując się swoimi przekonaniami, uratował życie kilkudziesięciu towarzyszy broni.

Dziwny to był jegomość, bo będąc pacyfistą, po napadzie Japończyków na Pearl Harbor zgłosił się na ochotnika do armii USA, po czym odmówił przyjęcia broni bo nie chciał zabijać, chciał natomiast ludzkie życie ratować. Został więc sanitariuszem, który pomimo swojej chuderlawej postury, będąc całkowicie bezbronnym, w ekstremalnych wojennych warunkach, dokonał rzeczy po ludzku niewytłumaczalnych. Gibson pokazał to po mistrzowsku w swojej hollywoodzkiej superprodukcji.

Film bazował na książce, niezwłocznie zatem kupiłem "Szeregowca Dossa" by po jej przeczytaniu dowiedzieć się, że to o inną książkę chodziło, a mianowicie o "Nietypowego bohatera" Bootona Berntona (niestety obecnie nieosiągalna). Natomiast "Szeregowiec Doss" to wspomnienia napisane przez drugą żonę Dossa, a jej głównym i najważniejszym wątkiem są religijne poglądy bohatera, którymi niezmiennie kierował się przez całe życie. Doss był członkiem Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego, dla którego wskazania Dekalogu i codzienna lektura Biblii oraz świętowanie Szabatu były kwestiami najważniejszymi.

Książka Frances M. Doss ukazuje swojego bohatera jako zwykłego, prostego człowieka, który od począwszy lat dziecięcych, dzięki wychowaniu matki, wszystkie fakty w swoim życiu tłumaczył, a swoje obowiązki postrzegał przez pryzmat wiary w Boga i słów zapisanych w Biblii, którą codziennie czytał. Każdy dobry dzień, sukces, wyzdrowienie z choroby, udane przedsięwzięcie było dla niego cudem, za który trzeba dziękować Bogu. Każdą przeszkodę i trudność traktował jak sprawdzian, do przejścia którego potrzebna jest pomoc Stwórcy. Wielu mogłoby uznać jego filozofię życiową za dziecięcą i naiwną, ale ta nieskomplikowana recepta pomogła mu przetrwać piekło wojny, uratować 75 ludzkich istnień i zaprowadziła na szczyty. Został pierwszym obdżektorem (conscientious objector), którego odznaczono Medalem Honoru.

Pod względem literackim książka pozostawia wiele do życzenia, została napisana niewyszukanym językiem, a fabuła praktycznie w niej nie istnieje. Składają się na nią urywki z życia Desmonda Dossa i jego rodziny, opisane tak, jakby ktoś opowiadał przy kawie o bliskiej sobie osobie. We wstępie tłumaczki czytamy: "Autorka, nie będąc pisarką, stworzyła książkę-szkicownik, zbiór wspomnień z życia męża, migawek, krótkich dialogów, zapisów o bardzo osobistym charakterze. To prosta historia prostych ludzi napisana w prosty sposób." Z całą jednak pewnością jest to opowieść o niezwykłym człowieku, który urzekł mnie nie tylko wiernością swoim przekonaniom, heroizmem, ale również niezwykłą wprost skromnością.

Frances M. Doss - "Szeregowiec Doss", tytuł oryginału: "Desmond Doss Conscientious Objector: The Story of an Unlikely Hero", tłumaczyła: Iwona Fijałkowska, Wydawnictwo Znaki Czasu, Warszawa 2016 rok, okładka: Maciej Zając, ISBN 978-83-7295-357-5, ilość stron 182.

środa, 2 listopada 2016

Moja walka–tom pierwszy

Moja walka 01Któryś z pisarzy (nie pamiętam który) powiedział, że wszystko co jest potrzebne do napisania książki nosisz w sobie. I tak jest z „Moją walką” Knausgårda. Wszystko, co jest w tej książce pochodzi z wnętrza, z duszy, bez wyraźnego planu, bez reasearchu, bez chronologii, bez struktury charakterystycznej dla autorów zajmujących się tzw. kreatywnym pisaniem. Jest to pisanie autobiograficzne, spowiedź introwertycznego samotnika, rozważania o życiu i śmierci, relacjach międzyludzkich, sztuce.

Skrupulatność i szczegółowość opowieści powala, momentami przytłacza, a jednocześnie zadziwia jakimś nieokreślonym urokiem. To niesamowite ile rzeczy robimy nawet tego nie zauważając, nie zatrzymując się nad nimi. W „Mojej walce” jest inaczej, tutaj zwykłe zaparzenie herbaty, zapalenie papierosa, położenie się do łóżka zajmują więcej opisów, niż przedstawienie ważnych faktów z życia autora. O tych ostatnich dowiadujemy się jakby mimochodem, na zasadzie przypadkowych wtrętów, bo główny nurt powieści to wewnętrzny świat Karla Ove, relacje z przyjaciółmi, matką, bratem, ale przede wszystkim z ojcem. Wszystko to sprawia, że wyznania penitenta są bardzo osobiste, niemal intymne, wręcz ekshibicjonistyczne.

Książka jest napisana z perspektywy mężczyzny w tzw. średnim wieku, który w sposób brutalnie szczery opowiada o życiu, na które przeogromny wpływ wywarł obojętny, apatyczny, zdystansowany ojciec. Czytamy więc najpierw o młodości autora, w której kreował się na „anarchistę, ateistę i antymieszczańskiego” buntownika, o relacjach szkolnych, imprezach i upijaniu się, o niewielu przyjaciołach, jakich miał, o pierwszych zakochaniach, o redagowaniu szkolnej gazetki, o kiepskich doświadczeniach w zespole muzycznym. I wydawać by się mogło, że wszystko jest w porządku, że jest to zwyczajne życie nastolatka, a jednak całość jest jakimś niepisanym prawem podporządkowana, temu co myśli, czuje, jak reaguje, jaki ma humor ojciec Karla Ove: „…to, że stale starałem się zadowalać napotykanych ludzi, miało związek z ojcem i moim stosunkiem do niego.”

Echa patriarchatu odbijają się również w dorosłym, samodzielnym życiu Karla Ove, kiedy to sam już doświadcza uroków rodzicielstwa. Szczególnie śmierć ojca, a zwłaszcza jej okoliczności stają się przyczynkiem do bolesnych, szczerych przemyśleń i wyznań na temat relacji rodzinnych, odrzucenia, nienawiści i miłości, braterskiej więzi. Pisze, że: „Uczucia są jak woda, zawsze dopasowują się do otoczenia. Nawet największa żałoba nie pozostawia śladów; kiedy przytłacza i trwa długo, to nie dlatego, że uczucia krzepną, bo to jest niemożliwe, one po prostu nieruchomieją, taka jak nieruchoma jest woda w leśnym jeziorku.”

Czytając to wszystko czuje się, że opowieść jest prawdziwa, że pisarz bez skrupułów wpuszcza nas do swojej prywatności i może dlatego to powolne, momentami monotonne czytanie sprawia, że nie można się od tego oderwać. Niby nic się nie dzieje, a przecież jest aż gęsto od emocji. I choć w przeważającej mierze są one trudne, dołujące, to mimo wszystko „bez względu na wycieńczenie emocjami, człowiek nigdy nie pozostaje obojętny na nowy początek, jaki przynosi każdy poranek.” Poza tym pisarz jest oczytanym, obeznanym ze sztuka erudytą. Dzieli się swoimi zamiłowaniami, fascynacjami, uwagami na temat literatury, muzyki, malarstwa. Wymienia wielu artystów, wykonawców i opowiada o tworzonych przez nich dziełach, o swoim postrzeganiu ich twórczości i o samym tworzeniu, np. literatury: „To jedyne rządzące nią prawo: wszystko musi się ugiąć pod formą. Jeżeli których z elementów literatury, takich jak styl, intryga, tematyka, stanie się mocniejszy niż forma, jeśli któryś z nich ją sobie podporządkuje, rezultat będzie kiepski. Właśnie dlatego pisarze o wyrazistym stylu tak często piszą słabe książki.”

Przeżycia Knausgårda często są okazją do przedstawienia poglądów natury bardziej uniwersalnej: „Chaos i nieprzewidywalność stanowią jednocześnie warunek powstania życia i jego rozpadu, jedno jest niemożliwe bez drugiego, i chociaż wszystkie podejmowane przez nas wysiłki zmierzają do obrony przed chaosem, to wystarczy nie więcej niż krótka chwila rezygnacji i już chcemy żyć w jego blasku, a nie w cieniu, tak jak teraz. Chaos to swoista siła przyciągania i być może właśnie on jest siłą sprawczą tego rytmu, który daje się wyczuć w historii, rozwoju, w postępie cywilizacji i w ich załamaniu.”

Zdania na temat takiego rodzaju pisania są – jak zwykle – podzielone, mniej więcej po połowie. Ja w każdym razie po przeczytaniu książki od razu kupiłem pozostałe (dostępne w Polsce) części „Mojej walki” i wcale mi nie przeszkadza, że na całość docelowo składać się będzie aż 6 opasłych tomów.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki wydanej w formie ebooka.

Karl Ove Knausgård – „Moja walka – tom 1”, tytuł oryginału: „Min Kamp. Første Bok. Roman”, tłumaczenie: Iwona Zimnicka, okładka: Marek Pawłowski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014 rok, ISBN 978-83-08-05625-7, ilość stron: 547, pojemność ebooka w formacie MOBI: 4,9 MB.

niedziela, 30 października 2016

Światło, którego nie widać

ANTHONY DOERR Swiatlo, ktorego nie widac grzbiet 40 mm.indd"Światło, którego nie widać" w 191 (sic!) krótkich rozdziałach snuje opowieść, która zaczyna się podczas II wojny światowej, o dwoje młodych osobach: mieszkającej w Paryżu, niewidomej Marie-Laure LeBlanc i wychowanego w niemieckim sierocińcu Wernera Pfenniga. Obłęd tamtych niespokojnych czasów na kartach powieści przełoży się na skomplikowane losy bohaterów, splatając je ze sobą.

Pod czułą opieką ojca, ślusarza z Muzeum Historii Naturalnej w Paryżu, ociemniała Marie-Laure uczy się samodzielności, zaczytuje się w powieściach wydanych w alfabecie Braille'a (ze szczególnym zamiłowaniem do “20 000 mil podmorskiej żeglugi”) i rozsmakowuje się w wiedzy, jaką zawierają w sobie eksponaty muzealne, chłonie opowieści o wiekowych artefaktach. Szczególnie jeden z nich, za sprawą niejakiego Herr von Rumpla, będzie miał wpływ na zdarzenia z jej życia.

Z kolei Werner Pfennig (ze swoją siostrą Juttą), wychowując się pod opieką Frau Eleny, od dzieciństwa obserwuje szaleństwo coraz bardziej panoszącego się w III Rzeszy nazizmu. Fascynuje się techniką, chłonie wiedzę ścisłą, jest oczarowany zjawiskami fizycznymi, szczególnie falami radiowymi, światłem: "Werner najbardziej lubi opowieść o świetle: zaćmieniach, zegarach słonecznych, zorzach polarnych i długości fal. Jak nazywamy światło widzialne? Nazywamy je kolorem. Ale spektrum fal elektromagnetycznych rozciąga się od zera do nieskończoności, a zatem, dzieci, z matematycznego punktu widzenia całe światło jest niewidzialne. Chłonie wiedzę niemal w sposób magiczny, jest w stanie naprawić każde radio, skonstruować niejedno urządzenie, intuicyjnie wyprowadzić wzór, rozwiązać najtrudniejsze równanie.

Po zajęciu Paryża przez armię Hitlera, Marie-Laure ucieka z ojcem do Saint-Malo we francuskiej Bretanii, gdzie trafia pod skrzydła Madame Manec i stryjecznego dziadka Etienne'a. Werner natomiast, dzięki swoim szczególnym uzdolnieniom i aryjskiej urodzie, trafia do elitarnej nazistowskiej szkoły, a później do specjalnego, mobilnego oddziału namierzającego w Europie partyzanckie stacje radiowe. Pomiędzy bohaterami występują więc liczne analogie: obydwoje osamotnieni, zamiłowani w nauce, tracą przyjaciół, tracą jedyną bliską sobie osobę.

Oprócz głównych bohaterów, w powieści poznajemy liczne postaci drugoplanowe, ich postawy wobec sytuacji, w jakich zostali postawieni przez wojnę i konsekwencje dokonanych wyborów. Jest więc Jutta, która pomimo swojego dziecięcego wieku, jako pierwsza przewiduje, że wstąpienie brata do nazistowskiej szkoły, będzie miało zły wpływ na jego życie. Jest Frederick, wrażliwy przyjaciel Wernera, który za swój bunt zapłaci straszną cenę. Jest Madame Manec, odważna i ujmująca kobieta, która nie chce pozostać bierną wobec niemieckiej okupacji i obciążony wojenną traumą Etienne, który z trudem wychodzi z apatycznej skorupy. Jest Frank, gigantyczny osiłek, którego nie można podejrzewać o ludzkie odruchy, a jednak....

Jest to wciągająca książka, zmienność i nieprzewidywalność życia przeplata się w niej z tym, co stałe, niezmienne: "światło, elektryczność, eter. Przestrzeń, czas, masa". Fizyka przeplata się z metafizyką, widzialny świat z magią niewidzialnych fal. Warto przeczytać i skusić się na odrobinę refleksji: "Otwórzcie oczy i popatrzcie na to, co możecie zobaczyć, nim zamkniecie je na zawsze".

Wszystkie cytaty pochodzą z książki wydanej w formie ebooka.

Anthony Doerr "Światło, którego nie widać", tytuł oryginału: "All the Light We Cannot See", tłumaczenie: Tomasz Wyżyński, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2015, okładka: Tal Goretsky, ISBN 978-83-8015-073-7, ilość stron 640, rozmiar ebooka: 2,5 MB (mobi).